Posty

Doniesienie z frontu. Od tygodnia testuję, jak to jest mieszkać w mieście innym niż Warszawa. O matkoooo! Ciekawie jest. Ale po kolei. Na chwilę (czyli tydzień) pojechałam do Wawki, posiedziałam dwa dni bo szkoliłam, potem zahaczyłam o Katowice i wróciłam (!) do domu czyli do Obornik Śląskich, tam bowiem mieszkam, podaję nazwę oficjalnie, żeby nie było, że ściemniam. O 20.00 w ubiegły piątek wysiadłam z pociągu bezpośrednio z Katowic (a tak) na jedynym peronie w OŚ. Małż na mnie czekał lekuchno confused, że TO SIĘ DZIEJE NA PRAWDĘ!. Powolutku poszliśmy do samochodu (bez tego przepychania się na schodach ruchomych na Centralnym, bez stresu, że nie ma gdzie zaparkować i musisz wyskakiwać z dychy na parkingu pod Złotymi Tarasami) a potem nieśpiesznie pojechaliśmy cały kilometr do domu. Bez stania w korkach :) I było nawet trochę ciepławo i śpiewały ptaki. Jakaś wczesnowiosenna odmiana zapewne. Dzisiaj miałam okazję doświadczyć zwykłego dnia i to też było całkiem fajne. Odebrałam mamę...
Oj dzieje się u nas, dzieje.  Ale po kolei. Po pierwsze już nie chcę pisać o chorobie bo kazali myśleć, że jestem zdrowa, to myślę. Po drugie, tyle mam teraz nowości w życiu, że wolę się skupiać na nich. To się skupiam. Na wyprowadzce z Warszawy choćby. A było to tak. W sierpniu ubiegłego roku pojechaliśmy na urlop. Po kilku latach wydawania kasy na głupoty typu remont lazienki i kibelka oraz zakup dwóch motocykli (a co tam, raz się żyje i chyba kryzys wieku średniego). No i w końcu wyszlo nam, że na liście potrzeb urlop stoi dość wysoko. Na pierwszym miejscu.  Ale tu znowu muszę zrobić dygresję, bowiem idea urlopu wzięła się z pawłowego wypalenia zawodowego. Pośrednio. Bo po 25 latach pracy w zawodzie fizjoterapeuty (no nikt tak nie ustawi kręgosłupa i zablokowanych kręgów jak małż, chociaż w moim przypadku to czasem trwało kilka dni w myśl powiedzenia o tym szewcu, co bez butów chodził. Szewc to nie wiem, ale żona szewca na bank popylała na bosaka. Ja też niekiedy...
5 miesięcy. Tyle czasu minęło od zakończenia radioterapii. Czas na podsumowanie. Co się zmieniło? Wróciłam do pracy pełną parą. Obiecywałam sobie, że będę się oszczędzać, pracować 3 dni w tygodniu i dużo odpoczywać. Udało mi się tylko to ostatnie. Nauczyłam się odpoczywać pełnowymiarowo. Czasami wracam z warsztatu i po spacerze z psiakiem oraz ogólnym ogarningu kładę się na kanapie i z czystym sumieniem strzelam sobie drzemkę. To jest super. Ale zachrzan codzienny powrócił....i tak już chyba będzie A moje ciało? Neuropatia mi się cofnęła. Odzyskałam czucie w stopach i dłoniach. Myślałam, że to nigdy nie nastąpi. Skończyło się okropne, permanentne mrowienie. Moje stopy czasami są trochę ołowiane i trudno mi zrobić pierwszy krok ale jakoś daję radę. Walczę jeszcze z dłonmi. Są jak zardzewiałe. Rano muszę je rozmasować i rozruszać żeby w ogóle funkcjonować. Kręgoslup też się buntuje ale znalazłam na niego sposób i ćwiczę jogę. Już mi coraz lepiej idzie i asany na rękach robię coraz dł...
Tam tararam!!! Mogę odtrąbić zakończenie leczenia! Moja pani doktor radiolog (jeśli chodzi o lekarzy w ogóle, w trakcie leczenia mojego skorupiaka, to była moim trzecim lekarzem, nie licząc różnych dodatkowych przedstawicieli służby zdrowia, którzy się pojawiali na krótko) otóż pani doktor kazała myśleć o sobie (ja o sobie, nie o niej) jako osobie zdrowej. Przeszłam leczenie "po byku" - to cytat. Podsumowując: wycięcie skubańca, 4 czerwone obrzydliwe chemioterapie, 12 białych, 20 cykli radioterapii. Plus na koniec w ramach deseru na najbliższe lata (5 do 8) Etruzil, takie coś, co mi obniża poziom estrogenów. Tja, wnioskuję, że może mi się w takim razie podniesie poziom testosteronu i porosnę futrem, głos mi się obniży i zagustuję w kobietach. Tak mi wieszczył małż ostatnio. Się zobaczy. W każdym razie bilans zysków i strat jest następujący: Zakładam, że skorupiaka już nie ma. Poszedł WON. Przybyło mi nieco kilogramów, ale nie tak dużo, jak straszyli. Wyokrągliłam si...
Jestem złym człowiekiem. Gadam, co bym zrobiła w różnych sytuacjach, a jak przyjdzie co do czego to dupa. Stoję dziś pod wileniakiem i czekam na autobus. Tam jest zawsze dużo różnych ludzi: alkoholików, bezdomnych, grajków ulicznych, trochę patologii. Podchodzi do mnie wysoki, przyjemny na twarzy młody mężczyzna, porządnie ubrany i mówi, że jest bezdomny i zbiera pieniądze na jedzenie i nocleg. Ponieważ nigdy nie mam przy sobie kasy powiedziałam, że niestety nie pomogę bo nie mam gotówki. Przeprosił i poszedł dalej. Podchodził do wszystkich ludzi na przystanku i każdemu mówił to samo. Czasem dostał jakiś drobniak. Nie mówił jęcząco-proszącym głosem, nie wdzięczył się, nie śmierdział alkoholem. Po prostu mówił jak mantrę. W pierwszym odruchu pomyślałam, że go zabiorę na zakupy i kupię mu jedzenie. Potem, że mogę mu też kupić obiad. A potem jak ta durna zaczęłam kombinować, że to może jakiś wariat i mnie na przykład dźgnie nożem, że może to jakaś akcja społeczna i pomagając wyjdę na ...
Hm. Czekam, aż wrócę do stanu fabrycznego. Miałam taką wizję pozytywną, że tuż po chemii zacznę się regenerować i zdrowieć w tempie wybitnym i szybko wrócę do normy i wszystko będzie jak dawniej. A tu figa z makiem czyli przysłowiowa dupa. Chudnięcie mi idzie opornie, włosy odrastają baaaaaardzo wolno, brwi też, rzęsy chyba zapomniały, że mają odrosnąć. A do kompletu mam neuropatię czyli popaliło mi końcówki nerwowe w palcach i od kilku tygodni mnie mrowią albo tracę czucie. Niby wiedziałam, że tak będzie ale zawsze jest nadzieja, że mnie to może ominie. Nie omija. Palce stóp co wieczór mnie bolą a moje wypielęgnowane i śliczne paznokietki wyglądają....już nie tak ładnie. Dziś miałam drugą radioterapię. W Sylwestra pierwszą. Takie fajne zakończenie roku. I rozpoczęcie. Zatem dziś po raz drugi przyatakowałam wielki  zderzacz hadronowy na Wołoskiej. Ciekawe, że technicy radioterapii to chyba w większości młodzi i bardzo sympatyczni panowie. Dziewczyny przemiłe też są ale jakby mni...
Skończyłam chemioterapię. Finito. Od 16 lipca najpierw co dwa tygodnie a potem co tydzień niby rano, ale jakoś tak coraz później czyli po 9.00 małż dowoził mnie do szpitala. Przy wejściu tłum i zawsze to samo pytanie "kto z państwa ostatni do rejestracji". Potem pilnowanie swojej kolejki, przywitania ze stałymi bywalcami, uśmiechy, rozmowy z przemiłymi paniami w rejestracji. Potem na pierwsze piętro do gabinetu zabiegowego na wpięcie "okablowania" do portu i towarzyszący mi od kilku tygodni lęk ile kilogramów wskaże waga. Pobranie krwi przez rurkę w porcie (nie przeżyłabym cotygodniowego wkłuwania się do żyły, o nie) i czas oczekiwania na wyniki morfologii. Będzie tankowanie czy nie. Ani razu nie miałam odłożonej chemii. Uff. Fakt, jadłam zacnie i bardzo o siebie dbałam kulinarnie (niby dlaczego się tak bałam wagi) ale też mój doktor jak tylko zauważył, że mi siadają wyniki od razu ordynował zastrzyki na poprawę parametrów krwi. Zatem po pobraniu juhy mieliśmy cza...